Koronarok

Kolejne tygodnie, zamiast przybliżyć nas do momentu całkowitego odmrożenia gospodarki, przynoszą kolejne obostrzenia. Kto liczył, że w marcu otworzą się w pełni kluby fitness ten srodze się zawiódł. Zamiast endorfin pozostaje więc monotonne ćwiczenie w domowym zaciszu, a emocje sportowe musi zastąpić telewizor, STS rejestracja i obstawianie wyników online. Ci bardziej zdeterminowani wychodzą na zewnątrz w poszukiwaniu jakiejkolwiek formy ruchu. Jak długo jeszcze? Tego nie wie nikt.

W marcu minął rok od momentu zdiagnozowania pierwszej osoby chorej na koronawirusa. Pomimo zamykania poszczególnych powiatów i województw, epidemia rozprzestrzeniała się szybko. Postanowiono więc zatrzymać nas w domach. Z perspektywy czasu widać, że był to pomysł iście tragiczny. Osoby mieszkające w domach z ogródkiem jeszcze jakoś były w stanie przetrwać. Ludzie obiegali swój dom po tysiąc razy, ćwiczyli w przydomowych altanach lub podciągali się na kwitnących drzewach.

Gorzej ten czas znosili ci, dla których jedyny kontakt ze świeżym powietrzem dawał balkon. Z początku pojawiły się pierwsze propozycje wykorzystania butelek z wodą mineralną, podciągania się na blatach kuchennych i truchtania między łazienką a salonem. Z czasem było jednak coraz gorzej. Sprzęt sportowy, który można było wykorzystać w domu drożał na potęgę. Internetowi sprzedawcy nie nadążali z wysyłkami gum, hantli, steperów, rowerów stacjonarnych czy bieżni. Kto mógł, tworzył na kilku metrach kwadratowych namiastkę fitness klubu.

Jednocześnie zamykano kolejne parki i siłownie na otwartym powietrzu. Ba, zabroniono nawet wejścia do lasu. Absurd gonił absurd, ale straszeni epidemią ludzie stosowali się do wszystkiego i z pokorą odliczali kolejne powtórzenia, patrząc na świat z okna w salonie. Stłamszeni w mieszkaniach ludzie przybierali na wadze, czuli się coraz gorzej fizycznie i psychicznie.

Tymczasem małe dramaty rozgrywały i rozgrywają się do dziś. Właściciele i pracownicy centrów fitness w zasadzie od roku nie maja szans na normalne funkcjonowanie. Początkowo próbowano sobie jakoś radzić, sądząc że sytuacja jest przejściowa. Trenerzy oferowali zajęcia indywidualne online, zajęcia odbywały się poprzez platformy komunikacyjne, a portale pełne były ogłoszeń o możliwości wypożyczenia sprzętów do ćwiczeń. Lekki oddech branża złapała dopiero latem, gdy zamknięci i ciężsi o kilka kilogramów Polacy masowo ruszyli na bieżnie, orbitreki i rowerki. Hossa jednak szybko się skończyła, bo na nasz kraj nadciągnęły kolejne fale epidemii.

Wszystko wróciło więc do punktu wyjścia, natomiast do domów nie chcieli wracać już ćwiczący. Siłownie obmyślały sposoby jak obejść narzucone obostrzenia. Jedni proponowali testy urządzeń fitness niczym w sklepie, inni zapisywali swoich członków do klubów sportowych i stwierdzali, że ćwiczący na ich obiekcie przygotowują się do profesjonalnych zawodów. W Krakowie stworzono nawet Kościół Zdrowego Ciała, w którym można odbywać było wspólne spotkania religijne. Świat, a raczej Polska stanęła na głowie i zrozumieć to wszystko było coraz trudniej.

Po roku czasu jesteśmy w zasadzie w tym samym miejscu, jednak już jakoś nauczyliśmy się żyć w nowej rzeczywistości. Gdzieś słyszy się o otwartych klubach fitness, ludzie biegają na wolnym powietrzu, grają w piłkę lub po prostu spacerują po lesie. Znaleziono więc pewien kompromis, który niestety nie udało wypracować się na początku. Nikt jednak nie wie, jak długo ma on trwać i kiedy znowu będzie normalnie. Nikt nie wie też, czy ta normalność w ogóle kiedyś powróci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *